Szukaj
Polub nas!

wenezuela fot Humberto Matheus EPA ShutterstockWymownym symbolem tego, że posiadacze boliwarów
w zasadzie nie mogą sobie pozwolić na zakup czegokolwiek, było ustawienie przed świętami na głównym placu Maracaibo choinki, której jedynymi ozdobami były
bezwartościowe banknoty wenezuelskie
(fot. Humberto Matheus/EPA/Shutterstock)
Widmo katastrofalnego krachu

Wenezuela od lat balansuje na skraju totalnego krachu ekonomicznego, co jest wynikiem eksperymentów z socjalizmem w wykonaniu prezydentów Hugo Chaveza i Nicolasa Maduro. Ostatnio jednak dochodzi do dziwnych wydarzeń dyplomatycznych, które zdają się sugerować, iż Maduro zmuszony jest do podejmowania coraz bardziej rozpaczliwych działań...

Ni stąd, ni zowąd wenezuelski rząd nakazał opuszczenie Caracas przez ambasadora Brazylii, Ruya Pereirę, co spowodowało natychmiastowy odwet w postaci wydalenia z Brazylii najwyższego rangą dyplomaty Wenezueli. Powód wszystkich tych poczynań jest dość bulwersujący. Maduro twierdzi mianowicie, że Brazylia „zachowała się niewłaściwie” i przestępczo, gdyż usunęła z zajmowanego urzędu lewicowego prezydenta, Dilmę Rousseff. Jest to o tyle zadziwiające, że zwykle do wydaleń dyplomatów dochodzi w wyniku konfliktów między państwami, a nie dlatego, iż władzom jednego kraju nie podoba się wewnętrzna polityka drugiego.

 Spisek mocarstw?

Maduro jest zdania, że w Brazylii doszło do prawicowego zamachu stanu, mimo że odsunięcie Rousseff od władzy odbyło się zgodnie z brazylijską konstytucją, a normy międzynarodowego postępowania stanowią, że Wenezueli nic do tego. Jednak desperacja przywódcy Wenezueli jest w pewnym sensie zrozumiała – za rządów Rousseff, oskarżonej o korupcję, Brazylia była jednym z nielicznych krajów Ameryki Południowej wspierających reżim Maduro. Teraz może w zasadzie liczyć wyłącznie na Kubę, która nie jest w stanie wiele pomóc.

Jednak na tym swoista wenezuelska „ofensywa” dyplomatyczna się nie skończyła. Z Caracas wydalony został również kanadyjski chargé d’affaires, w odpowiedzi na co do Kanady nie został wpuszczony z powrotem ambasador Wenezueli w tym kraju, przebywający poza granicami Kraju Klonowego Liścia. Powodem tej decyzji miało być rzekome mieszanie się kanadyjskiego dyplomaty w wewnętrzne sprawy Wenezueli. Jednak prawda jest taka, że rządy Brazylii i Kanady (a także USA) w ostatnich miesiącach ostro krytykowały reżim Maduro za stworzenie marionetkowego ciała ustawodawczego, które zastąpiło zdominowany przez opozycję parlament. W wyniku tej decyzji doszło do gwałtownych protestów ulicznych, które spowodowały śmierć ponad 120 osób. Za wszystkie te wydarzenia Maduro obwinia przede wszystkim władze amerykańskie oraz bliżej niezidentyfikowanych „spiskowców” działających rzekomo na zlecenie obcych mocarstw.

Na skraju przepaści

Maduro zamierza się w tym roku ubiegać o ponowną kadencję prezydencką i ma szansę na sukces, gdyż głosy opozycji są skutecznie tłumione, a liczni przeciwnicy polityczni prezydenta znajdują się w więzieniach. Jednak skala kryzysu, jaki nęka Wenezuelę, jest niemożliwa do ukrycia. Inflacja w tym kraju utrzymuje się na astronomicznym poziomie, a lokalna waluta – boliwar – staje się coraz bardziej bezwartościowa. W związku z tym istnieje czarny rynek, na którym amerykański dolar jest coraz większym skarbem. Ma to jednak fatalne następstwa ekonomiczne, gdyż przetrwanie w Wenezueli jest coraz bardziej zależne od dostępu do amerykańskiej waluty, a ceny bywają niekiedy bulwersujące.

Jose Ramon Garcia zajmuje się zawodowo przewozem żywności. Potrzebuje w swojej ciężarówce wymienić wszystkie cztery opony, jednak jest to praktycznie niemożliwe, gdyż w normalnych sklepach nie można ich kupić, a na czarnym rynku za każdą z nich musiałby zapłacić 350 dolarów, co przekracza jego możliwości finansowe. W związku z tym poniechał pracy i stara się utrzymać rodzinę z drobnego handlu.

W Caracas kupić można nadal praktycznie wszystko, ale tylko w sklepach, które przyjmują wyłącznie dolary. Teoretycznie jest to zakazane, ale właściciele takich placówek handlowych już dawno przestali się tym przejmować. Dolarów coraz częściej żądają też lekarze, dentyści, mechanicy i liczne zakłady usługowe, a ceny ustalane są na podstawie czarnorynkowego kursu wymiany, co oznacza, iż posiadacze boliwarów w zasadzie nie mogą sobie pozwolić na zakup czegokolwiek. Wymownym symbolem tych zjawisk było ustawienie przed świętami choinki na głównym placu drugiego co do wielkości miasta kraju, Maracaibo, której jedynymi ozdobami były bezwartościowe banknoty wenezuelskie.

Inflację w roku 2017 szacuje się na nieco ponad 2 tysiące procent, co jest wskaźnikiem szokującym. Tymczasem rząd Maduro nadal „ustala” oficjalny kurs boliwara w stosunku do dolara. Obecnie jeden dolar to 10 boliwarów, ale na czarnym rynku ten sam przelicznik wynosi jeden do 110 tysięcy. W ciągu ostatnich 12 miesięcy waluta wenezuelska straciła 97 proc. swojej wartości. Przeciętny Wenezuelczyk zarabia – jeśli w ogóle ma pracę – czarnorynkową równowartość pięciu dolarów miesięcznie.

W sklepach nadal przyjmujących boliwary półki są niemal całkowicie puste. W grudniu trudno było kupić nawet choinki i zabawki dla dzieci. Brakuje też często podstawowych artykułów żywnościowych takich jak mięso, mleko, ryż, mąka, itd. Jest to sytuacja, która pod wieloma względami do złudzenia przypomina schyłkowe lata PRL-u. Różnica polega jednak na tym, że Wenezuela to kraj, który posiada olbrzymie zasoby ropy naftowej. Jest to tradycyjnie główne źródło dochodów kraju, ale rekordowo niskie ceny na „czarne złoto” szybko spowodowały ostry kryzys budżetowy, spotęgowany dodatkowo rządową polityką nacjonalizacji przemysłu i rugowania z Wenezueli licznych zachodnich koncernów.

Być może Maduro ma nadzieję, że dyplomatyczne spięcia z liczącymi się na świecie krajami przekonają jego rodaków, iż postępujące zubożenie kraju zostało w jakiś sposób spowodowane przez innych, a nie przez władze. Jest to jednak rządowa bajka, którą coraz trudniej jest skutecznie komuś „sprzedać”.

Krzysztof M. Kucharski