Szukaj
Polub nas!
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (1 Vote)

Tajemnicza Psia Gwiazda

Jest najjaśniejszą gwiazdą naszego nieba, w sprzyjających warunkach widzianą nawet za dnia. Pojawia się nisko na firmamencie w początku lata, ale przez kilka pierwszych tygodni niknie w oślepiających promieniach Słońca. Dopiero w połowie lipca staje się widoczna, nawet gołym okiem. To Syriusz, przez starożytnych Greków zwany Psią Gwiazdą, zaś w Egipcie faraonów Sotis, świętą gwiazdą Anubisa, bóstwa o głowie szakala. Jest gwiazdą podwójną, a jak okazało się niedawno, nawet potrójną, choć jej trzeci element – Syriusz C – jest niewidoczny; jego istnienie potwierdzają anomalie w ruchu obrotowym gwiazdy głównej. Ciekawe, że na jej ślad pierwsi wpadli Dogonowie, członkowie prymitywnego rolniczego plemienia afrykańskiego zamieszkującego dzisiejszą Republikę Mali...

W roku 1976 Robert K. Temple, mieszkający w Anglii Amerykanin, zainteresował się pracami francuskich antropologów, Marcela Griaule i Germaine Dieterlen, którzy ponad 20 lat spędzili wśród Dogonów i odkryli ich niebywałą astronomiczną wiedzę: m.in. o pierścieniach Saturna i czterech księżycach Jowisza. Trzeba przy tym dodać, że Dogonowie nie mieli (i nie mają) żadnych instrumentów astronomicznych pozwalających na tak precyzyjne obserwacje. Temple uznał – choć jego wniosków nie wspierają wiarygodne dowody – że w odległej przeszłości z plemienia Dogonów wywodzili się strażnicy przesławnej wyroczni Amona-Re w oazie Siwa na Pustyni Nubijskiej i że to im kapłani egipscy przekazali tajemną wiedzę o najświętszej gwieździe Egipcjan (co zresztą nadal nie tłumaczy fenomenu Syriusza C).

Starożytni liczyli czas na różne sposoby. Grecy odnotowywali, że to czy tamto wydarzyło się np. w trzecim roku 126. olimpiady, co – przyjmując, że igrzyska w Olimpii organizowano od 776 roku p.n.e. – dotyczyło roku 269 p.n.e., a więc epoki hellenistycznej. Rzymianie liczyli wszystko ab urbe condita, kiedy to mityczny Romulus miał założyć Rzym. Jeśli więc Cezar przekroczył Rubikon i pomaszerował na Rzym w roku 704 od założenia miasta, oznacza to, że uczynił to w roku 49 p.n.e.

Innym kalendarzem dysponowali mieszkańcy doliny Nilu. Nie datowali swej historii od jakiegoś konkretnego momentu w przeszłości, podawali jedynie listy faraonów i (przeważnie niedokładnie) okresy ich panowania. Egipski rok kalendarzowy rozpoczynał się wraz z wylewem Nilu i liczył 360 dni podzielonych na 12 miesięcy. Pięć dodatkowych dni dokładano w czasie obchodów na cześć Ozyrysa, Seta, Izis, Horusa i Neftis. Egipscy kapłani mieli również kalendarz astronomiczny dłuższy o ćwierć dnia, który jednak nie korespondował z rokiem kalendarzowym, gdzie po czterech latach niezauważenie dochodził jeden dzień. Gdy wylew Nilu zbiegał się z pojawieniem się nad horyzontem Syriusza/Sotis, uczeni nazwali to datacją sotyjską, zgodnie z którą 365 dni kalendarza cywilnego × 4 lata = 1460 lat.

Egiptolodzy przyjęli, że cywilizacja egipska musiała powstać wraz z powstaniem kalendarza sotyjskiego, który oparli o wyliczenia poczynione w roku 143 naszej ery. Otrzymali tym sposobem trzy daty: 1317, 2773 i 4339 p.n.e. Rok 1317 p.n.e. musieli z góry odrzucić: w Egipcie panował wówczas Horemheb, następca Aja i Tutanchamona (tak, tego od wielkich skarbów w grobowcu w Dolinie Królów), a więc władca średniego państwa u progu jego największej świetności, kiedy to Seti I i Ramzes II zwany Wielkim rozbudowali państwo faraonów do największych rozmiarów.

Rok 4339 p.n.e. większość uczonych odrzuciła również, jako że Narmer (zwany przez Greków Menesem), który zjednoczył Królestwo Trzcin (Dolny Egipt) z Królestwem Pszczół (Górny) i ustanowił stolicę w Tebach, panował w latach 3150-3125 p.n.e. Przed nim Egipt jako jedno państwo nie istniał, choć przecież niewykluczone, że w takim ośrodku jak Memfis (okolice dzisiejszego Kairu) astronomia mogła rozwinąć się kilka stuleci wcześniej.

Zostaje więc rok 2773 p.n.e. – czas panowania II dynastii Starego Państwa, bezpośrednich poprzedników budowniczych piramid. Założyć należy jednak, że wschód gwiazdy Sotis, zbiegający się wówczas z wylewem rzeki, musiał zostać przez kapłanów-astronomów przewidziany wcześniej. Jak dużo wcześniej, trudno powiedzieć, ale wymagało to z pewnością wielu lat (a może stuleci) obserwacji.

Syriusz zadbał jednak, byśmy przypadkiem nie osiedli na laurach. Okazało się oto, że gwiazda lubi (a przynajmniej lubiła w starożytności) sprawiać psikusy, czyniąc okresy sotyjskie raz dłuższymi, raz znów krótszymi o około 20 lat. Działo się tak zwłaszcza w okresie Starego i Średniego Państwa, co zmusiło egiptologów do weryfikacji okresów panowania poszczególnych władców. Według tych obliczeń, wspomniany Narmer/Menes miałby królować w latach 3120-2995, a jego następcy odpowiednio bliżej naszym czasom. Jednak już w IV wieku p.n.e. Syriusz wrócił do stałego cyklu i pozostaje w nim do dzisiaj: jego heliakalny wschód (gdy wyrywa się z objęć Słońca) ma miejsce – na wysokości Kairu – 19 lipca.

Istnienie cyklu Sotisa poświadcza niejaki Censorinus, autor pracy De Die Natali Liber. W tym po części astrologicznym a po części chronologicznym dziele napisanym około 238 roku n.e. dla swego patrona i nauczyciela, Quintusa Caerelliusa, autor opisuje cykl Sotisa oraz wspomina, iż XII dnia kalend sierpniowych, tj. 21 lipca 139 roku n.e., heliakalny wschód Syriusza obserwowany był w Egipcie pierwszego dnia pierwszego miesiąca kalendarzowego, czyli nastąpiło zamknięcie pełnego cyklu sotisowego. Jednocześnie Censorinus stwierdza, że w roku pisania dzieła (238 n.e.) 1 Tot (pierwszy dzień pierwszego miesiąca cywilnego kalendarza egipskiego) przypadał VII dnia kalend lipca, czyli 25 czerwca. Wschód Sotisa 20 lipca miał miejsce 25 dni później, co jest zgodne z zasadą przesuwania się tego zdarzenia względem egipskiego kalendarza cywilnego o jeden dzień raz na cztery lata (25 × 4 = 100, zaś od roku 139 n.e. do 238 n.e. minęło 100 lat bez jednego roku).

W roku 239 lub 238 p.n.e. Ptolemeusz III Euergetes usiłował przeprowadzić reformę cywilnego kalendarza egipskiego poprzez dodanie roku przestępnego raz na cztery lata. W roku wydania dekretu wschód Sotisa przypadał na pierwszy dzień dziesiątego miesiąca w kalendarzu cywilnym. Oznacza to, iż pozostawało 95 dni w kalendarzu, które Syriusz musiał „przejść”, by dopełnić swój cykl wschodząc pierwszego dnia pierwszego miesiąca. Po przeliczeniach daje to 380 lat, które dzieliły rok 239/238 p.n.e. od zakończenia cyklu Sotisa. Cykl powinien był zakończyć się w roku 142/143 n.e., co rozmija się z danymi Censorinusa o zaledwie 3 lub 4 lata.

Dajmy jednak spokój tym nudnym wyliczankom, bowiem w sumie czas powstania państwa staroegipskiego interesuje nas tyle, co zeszłoroczny śnieg i to niezależnie, ze zwolennikami której datacji byśmy się nie spotkali. Znacznie ciekawsze jest jak i dlaczego taka cywilizacja powstała, praktycznie w sercu największej pustyni świata. O tej pustyni to też nie do końca prawda. Ongiś (fakt, że dużo przed Egipcjanami) szumiały tu puszcze ogromne, a nawet jeszcze w czasach historycznych Cyrenajka i Tunezja były spichlerzami Śródziemnomorza. W epoce kamiennej te pustynniejące obszary zamieszkiwały liczne ludy myśliwsko-pasterskie, które w końcu jednak musiały albo się przystosować, albo osiąść nad Nilem, albo... zginąć.

Herodot nazwał Egipt „darem rzeki”. Dzięki deszczom tropikalnym i topnieniu śniegów w górach Etiopii i Ruwenzori wody Nilu występowały z brzegów, zamieniając całą dolinę w okresie od sierpnia do października w jedno wielkie jezioro. Cofając się następnie do swego koryta, rzeka zostawiała po sobie gruby pokład żyznego, czarnego mułu, w którym zaraz rozpoczynano zasiewy – lnu, papirusu, zbóż, warzyw i owoców. To z powodu tego czarnego mułu Egipcjanie nazwali swój kraj mianem chemit, choć do naszych czasów przetrwała nazwa jednej z budowli wczesnego Memfis, a mianowicie świątyni He-Ku-Ptah (Dom Boga Ptaha), co starożytni Grecy wymawiali jako „Ajgyptos”, a my „Egipt” i tak już zostało...

Tak więc Nil wylewał i zalewał. Dno doliny nie wszędzie jednak stanowiło płaszczyznę. Tu i ówdzie istniały wyniosłości, pagórki, do których powódź dotrzeć nie mogła, a ponadto trafiały się lata suche, kiedy żyzny namuł nie docierał wszędzie, gdzie powinien. Dlatego też, w zamierzchłych jeszcze czasach, zmyślni rolnicy pobudowali tamy, groble, kanały i śluzy, dzięki którym mogli nawodnić wszystko co trzeba i zatrzymać w zbiornikach zapasy na okres ewentualnej suszy. Ciekawe, że istniejące do dziś urządzenia do przetaczania wody do wyżej położonych kanałów znamy w niezmienionej postaci z fresków z III tysiąclecia przed naszą erą.

Źródła Nilu odkryto dopiero pod koniec XIX wieku. W górnym swym biegu płynie z południowej Etiopii jako Nil Błękitny i – jako Kagera, a następnie Nil Biały – z podnóży pasma Ruwenzori w pobliżu Doliny Wielkich Jezior w Afryce Środkowej. Oba ramiona rzeki łączą się w centrum dzisiejszego Chartumu, po czym Nil – najdłuższa rzeka świata – przedziera się przez bezwodne pustynie, pokonując sześć progów skalnych zwanych kataraktami. Pierwsza z nich znajduje się na wysokości Aswanu i wyspy Elefantyna (gdzie znajdowała się siedziba boga katarakt, Chnuma; tam też znajduje się „nilometr”: 90 kamiennych, ponumerowanych stopni, które pozwalały precyzyjnie obliczyć początek wylewu), pozostałe powyżej, na terytorium dzisiejszego Sudanu.

W latach 1960-1971 na południe od Aswanu wzniesiono – przy wydatnej pomocy inżynierów sowieckich – tzw. Wielką Tamę, która pozwoliła na budowę elektrowni wodnej zasilającej pół Egiptu, ale jednocześnie stała się źródłem kłopotów. Abstrahując od konieczności przesiedlenia podczas jej budowy 60 tysięcy ludzi, najbardziej brzemienne w skutki okazało się zatrzymanie przez nią żyznych namułów, które od tysiącleci umożliwiały rozwój rolnictwa w dolinie Nilu. Rosnący dotąd dzięki osadom żyzny obszar stopniowo się kurczy; już rozpoczęło się jałowienie i erozja gleby w Delcie oraz na brzegach Nilu powyżej. Brak piasku niesionego przez Nil oznacza erozję barier brzegowych w całej wschodniej części Morza Śródziemnego, co w przypadku Egiptu niesie zanik rybołówstwa na słonych jeziorach przybrzeżnych, dotąd stanowiących największe źródło ryb, oraz rosnące zasolenie pól Delty, na których aktualnie uprawiany jest ryż. Kolejnymi kłopotami jest upadek tradycyjnego budownictwa (wypalanie cegieł) oraz rosnące zanieczyszczenie środowiska nawozami sztucznymi, którymi rolnicy są zmuszeni zastępować nilowe namuły. Budowa tamy wywarła zauważalny wpływ na całą wschodnią część Morza Śródziemnego (zmiany w zasoleniu morza, ubożenie ekosystemu, zmniejszanie się połowów ryb), co zaczyna być nazywane mianem „ósmej plagi egipskiej”.

Wróćmy jeszcze do naszego Syriusza, bo sprawa wcale nie taka prosta. Zacznijmy od Roberta Temple’a. Po opublikowaniu swej pierwszej, nadzwyczaj wyważonej książki The Syrius Mystery, niedoświadczony i podatny na sugestie Amerykanin znalazł się pod wpływem zwolenników teorii o pozaziemskim pochodzeniu naszej cywilizacji. Syriusz, jako jedna z najbliższych gwiazd – a do tego święta gwiazda Egipcjan – doskonale się do tego nadawał. Nic więc dziwnego, że następne prace Temple’a zaczęły ciążyć ku teoriom Ericha von Daenikena i jemu podobnych fantastów. To wystarczyło, by wetknąć przysłowiowy kij w mrowisko świata nauki.

Uczeni spędzili mnóstwo czasu, by dowieść, że wszystko to lipa. W końcu, w roku 1991, holenderski antropolog Walter van Beek wydusił wreszcie z Dogonów, że to nie Francuzi od nich, a oni od Francuzów posiedli syriuszową wiedzę. Problem w tym, że w latach trzydziestych (kiedy to Griaule i Dieterlen gościli u Dogonów) o Syriuszu B (a tym więcej o C) nikt jeszcze nie słyszał, a ponadto, że ci z Dogonów, którzy opowiadali Francuzom o Syriuszu, w latach dziewięćdziesiątych dawno już nie żyli. Van Beek stwierdził też, że dzisiejsi Dogoni nie wiedzą o gwiazdach – w tym o Syriuszu – nic zgoła. Czy to możliwe? Ależ owszem – wystarczy zapytać o cokolwiek zapatrzoną w swoje iPhone’y dzisiejszą młodzież. Pytanie podstawowe brzmi więc: gdzie i po której stronie leży przekręt albo... kto zapłacił więcej?

Piotr K. Domaradzki

Fot. Wikimedia Commons