Szukaj
Polub nas!

white fot Wikipedia(fot. Wikipedia)

Podzielona Ameryka

Niedawno w mediach pojawiła się wiadomość o tragicznym wydarzeniu, które miało miejsce w Portland w stanie Oregon. 35-letni Jeremy Christian w podmiejskim pociągu zabił nożem dwóch mężczyzn. Mężczyźni ci usiłowali stanąć w obronie muzułmańskich kobiet, z których naigrywał się sprawca morderstwa...

Choć stan Oregon jest dość liberalny i rzadko dochodzi tam do jakichkolwiek incydentów na tle rasowym, w roku 1988 przez skinheadów zamordowany został imigrant z Etiopiii, Mulugeta Seraw. W przypadku Christiana najbardziej niepokojące jest to, iż nie działał on jako samotnik owładnięty uprzedzeniami rasowymi – od wielu miesięcy znany jest jako działacz tzw. ruchu „alt-right”, czyli skrajnie prawicowego, luźnego ugrupowania, które propaguje białą supremację w USA. Pod koniec kwietnia Christian pojawił się na wiecu „alt-right” w Montavilla City, gdzie owinięty w amerykańską flagę pozdrawiał zebranych hitlerowskim „heil!”. Następnie wystąpił z orędziem przeciw lekarzom dokonującym zabiegów obrzezania noworodków i stwierdził, że chciałby pojechać do Norwegii, by się „osobiście rozprawić” z kilkoma takimi lekarzami.

Jego wpisy w serwisie społecznościowym Facebook pełne są akcentów antysemickich i neofaszystowskich. Christian zadeklarował między innymi, iż zamierza sprowokować do publicznej debaty Bena Ferencza, jednego z nielicznych nadal żyjących prokuratorów z okresu powojennego procesu zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze. „Będę bronił nazistów” – zapowiedział.

Postawy tego rodzaju nie są w USA niczym nowym. Od wielu lat istnieją w kraju organizacje, które propagują tzw. biały nacjonalizm. Jest to ideologia, która zakłada wyższość rasy białej nad wszystkimi innymi i postuluje zachowanie za wszelką cenę „czystości rasowej” Ameryki. W związku z tym działacze „alt-right” (alternative right) zwykle ostro potępiają napływ do USA jakichkolwiek imigrantów, zdradzają silne tendencje izolacjonistyczne, wyznają poglądy antysemickie, itd.

Ostatnie lata przyniosły w USA istotne zmiany, jeśli chodzi o rolę i znaczenie ugrupowań skrajnie prawicowych. Jeszcze do niedawna takie organizacje jak Aryan Nations, National Socialist Party czy Ku-Klux-Klan znajdowały się na dalekich peryferiach amerykańskiej polityki i nie posiadały większego znaczenia. Zaczęło się to jednak zmieniać w pierwszej dekadzie obecnego stulecia. W roku 2008 po raz pierwszy pojawił się termin „alt-right”, a dwa lata później przywódca National Policy Institute, Richard Spencer, stał się de facto uosobieniem całego tego ruchu, który jest nieformalnym zrzeszeniem wszystkich organizacji propagujących supremację rasy białej.

Gdy do walki o fotel prezydenta USA przystąpił Donald Trump, czołowi działacze „alt-right” dostrzegli w tym kandydacie „swojego człowieka”, choć – jak się dziś okazuje – w znacznej mierze się mylili. Tak czy inaczej, rok 2016 przyniósł swoiste wyjście skrajnej prawicy z cienia, czego kulminacją stał się awans Stephena Bannona, szefa portalu Breitbart, do roli jednego z głównych doradców prezydenta Trumpa. Tym samym biały nacjonalizm przeniósł się z marginesu politycznego do Białego Domu.

white Stephen Bannon fot Jim Lo Scalzo EPAStephen Bannon
(fot. Jim Lo Scalzo/EPA)
Niezwykłym i kontrowersyjnym symbolem tych przemian stał się wiec National Policy Institute, który miał miejsce kilka tygodni po wyborach prezydenckich. W czasie tego wydarzenia Spencer wielokrotnie skandował „Hail Trump, hail our people, hail victory!”, na co jego słuchacze odpowiadali hitlerowskimi pozdrowieniami. Bronił potem zarówno swoich słów, jak i reakcji słuchaczy, przekonując, że był to tylko wyraz „spontanicznej radości”.

Dominuje przekonanie, że wyznawców białej supremacji nie ma dziś w USA zdecydowanie więcej niż przed laty. Różnica polega przede wszystkim na tym, że „alt-right” stał się nagle jawnie głoszoną filozofią, a wszyscy ci, którzy od lat i skrycie wyznawali tego rodzaju poglądy, poczuli w końcu, że mogą się ujawnić. Tak było między innymi w przypadku byłego działacza Ku-Klux-Klanu, Davida Duke’a, który przez długie lata siedział cicho, a który w ubiegłym roku poparł kandydaturę Trumpa i sam stanął do walki o miejsce w Senacie. Przegrał wprawdzie z kretesem, ale nie zmienia to faktu, że się „uaktywnił” w wyniku niespodziewanej nobilitacji ruchu „alt-right”.

Niestety niezbyt dobrą konsekwencją wszystkich tych zjawisk jest to, iż coraz częściej dochodzi w różnych częściach USA do groźnych konfrontacji oraz ataków – zarówno werbalnych, jak i fizycznych – na ludzi, którzy uważani są przez białych nacjonalistów za osoby obce i niepożądane. Statystyki są coraz bardziej wymowne. W roku bieżącym zanotowano jak dotąd ponad 900 przypadków tzw. hate crimes, czyli ataków na tle rasowym lub etnicznym. Najwięcej tych ataków, bo prawie 300, skierowanych było przeciw imigrantom, niezależnie od ich pochodzenia rasowego. Prawie 200 dotyczyło Afroamerykanów, a w dalszej kolejności znalazły się przestępstwa wymierzone w homoseksualistów, muzułmanów, żydów oraz kobiety.

Jednocześnie obserwuje się w całym kraju zjawisko malowania na murach różnych budowli neofaszystowskich haseł, swastyk, wyzwisk pod adresem niektórych grup etnicznych, itd. W stanie Kansas zaatakowano i brutalnie pobito grupę Hindusów. Nie należą też do rzadkości ataki na synagogi i meczety. Jeszcze do niedawna zjawiska tego rodzaju należały w USA do rzadkości. Wydaje się wręcz czasami, iż nagle z różnych ciemnych zakamarków amerykańskiego społeczeństwa wypełzli ludzie skrajnie sfrustrowani, uprzedzeni i pełni nienawiści.

Jednak skrajna prawica spod znaku „alt-right” to nie tylko prymitywne ataki na mniejszości rasowe lub etniczne. Za genezę ruchu uważa się tzw. paleokonserwatyzm, który zrodził się pod koniec XX wieku w odpowiedzi na klasyczną politykę interwencjonizmu, prowadzoną między innymi przez prezydenta George’a W. Busha. Działacze „alt-right” dziś rozwijają w pewnym sensie wyborcze hasło Trumpa „America First” i głoszą teorię kraju kontrolowanego wyłącznie przez białych i niemal całkowicie zamkniętego w sobie, niemieszającego się do spraw globalnych i niepodejmującego jakichkolwiek działań zbrojnych w odległych zakątkach globu. Ameryka ma być nie tylko na wskroś biała, ale również w znacznej mierze obojętna na resztę świata. Trump do pewnego stopnia realizuje tego rodzaju politykę, ale nie do końca, a przynajmniej nie tak, jak chcieliby piewcy białego nacjonalizmu.

W pierwszych latach XXI wieku pojawiło się pismo The American Conservative, założone przez Pata Buchanana. Do dziś promuje ono nową wizję amerykańskiej prawicy, która jest zasadniczą częścią ideologii ruchu „alt-right”. Periodyk Buchanana, jako jedyna prawicowa publikacja, ostro potępiał inwazję USA na Irak. Dziś zaś zgłasza coraz większe niezadowolenie z poczynań Trumpa. Jak już wcześniej wspomniałem, początkowo biali nacjonaliści upatrywali w osobie prezydenta sprzymierzeńca politycznego. Jednak wszystko to szybko się zmieniło z chwilą, gdy obecna administracja zdecydowała się na zbombardowanie lotniska wojskowego w Syrii.

Richard Spencer, nieoficjalny przywódca wszystkich ośrodków białych suprematystów, napisał zaraz potem w serwisie Twitter, że „jeśli Trump zaprowadzi nas do wojny w Syrii, nie będę chciał mieć z nim nic więcej do czynienia”. Z kolei Peter Brimelow, który prowadzi skrajnie antyimigracyjną witrynę Vdare, nie był w stanie skryć swojego rozczarowania faktem, iż rządy obecnego prezydenta na razie przyniosły „konflikt w Syrii, fatalną propozycję zmiany systemu ubezpieczeń medycznych i pomysł obniżenia podatków miliarderom”. Uwadze działaczy „alt-right” nie umknął też fakt, iż Stephen Bannon został po pewnym czasie usunięty z grona najbliższych doradców prezydenta. Mówi się, że stało się to za namową zięcia Trumpa, Jareda Kushnera, który uważa rzekomo ideologię „alt-right” za niemożliwą do zaakceptowania i szkodliwą dla Białego Domu.

Wszystkie skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne organizacje amerykańskie stoją tym samym przed ogromnym dylematem. Mogą z pewnością nadal popierać Trumpa, przynajmniej do pewnego stopnia, co zapewni im obecność na narodowej scenie politycznej. Jeśli natomiast postanowią z prezydentem zerwać, na co się coraz bardziej zanosi, ryzykują ponowne ugrzęźnięcie w totalnej marginalizacji. 9 kwietnia Spencer zorganizował przed Białym Domem demonstrację przeciw potencjalnej wojnie w Syrii. Jednak niemal natychmiast pojawili się też kontrdemonstranci, którzy protestowali przeciw antysemickiej retoryce skrajnej prawicy i którzy argumentowali, że ktoś taki jak Spencer jest najgorszym z możliwych agitatorów antywojennych.

white Richard B Spencer fot Jim Lo Scalzo EPA0Richard B. Spencer
(fot. Jim Lo Scalzo/EPA)
Niezależnie od dalszego rozwoju wypadków, faktem jest to, iż wyznawcy białego nacjonalizmu po raz pierwszy znaleźli się w USA pod wygodnym parasolem nieoficjalnego zrzeszenia skrajnej prawicy, jakim jest ruch „alt-right”. Ma to spore znaczenie praktyczne. Same nazwy niektórych ugrupowań „supremacyjnych” budzą w wielu kręgach automatyczny sprzeciw. Niewielu ludzi w USA chce być kojarzonych z Ku-Klux-Klanem czy Aryan Nations. Tymczasem „alt-right” to termin znacznie bardziej neutralny, który podobnych sprzeciwów nie budzi i który wszedł do standardowej terminologii amerykańskiej polityki.

Przed skrajną prawicą stoi jeszcze inny problem. Istnieje ogromna różnica między takimi ludźmi jak Pat Buchanan i Jeremy Christian. Ten pierwszy to znany konserwatywny ideolog i były kandydat na prezydenta. Można nie zgadzać się z jego poglądami, ale nie można odmówić mu talentu ich głoszenia i jakości stosowanej retoryki. Ten drugi to owładnięty nienawiścią morderca, który z sobie tylko znanych powodów postanowił rozpocząć na własną rękę dzieło sanacji Ameryki. A jednak obu tych panów łączy podobne podłoże światopoglądowe. Tym samym ruch „alt-right” zdaje się skupiać w swoich szeregach zarówno teoretyków prawicy, jak też jej egzekutorów, niemal bojówkarzy, którzy zaczynają poczynać sobie coraz śmielej. A skoro tak, to wyznawcy białego nacjonalizmu nie są na razie w stanie być normalną partią polityczną, bo taka w warunkach amerykańskich nie może posiadać „wydziału fizycznej agresji”. Tymczasem agresorów i prowokatorów zdaje się być coraz więcej, a przynajmniej dają oni o sobie coraz częściej znać, za co obwinia się między innymi obecnego prezydenta, który w niektórych swoich wyborczych wystąpieniach zdawał się sankcjonować agresję i przemoc wobec przeciwników politycznych.

Niektórzy są zdania, że świetność „alt-right” była krótkotrwała i już się w zasadzie skończyła. Jeśli tak istotnie jest, wszystkie związane z tym ruchem organizacje wrócą prędzej czy później do stanu wyjściowego, czyli do działania na dalekich marginesach amerykańskiej polityki. Nie zmienia to faktu, że ludzi marzących o Ameryce wyłącznie dla białych i przez białych kontrolowanej jest sporo i że niektóre organizowane przez nich wiece do złudzenia przypominają hitlerowskie manifestacje z lat 30. minionego stulecia. Realnej siły i liczebności tych ugrupowań nikt nie potrafi dokładnie ocenić. Są to jednak siły, których nikt nie jest już w stanie po prostu ignorować.

Andrzej Heyduk