Szukaj
Polub nas!

felieton fot Pixabay(fot. Pixabay)Lej pan, nikt nie widzi

Z dniem 1 stycznia 2018 roku, jak Ameryka długa i szeroka weszły w życie najrozmaitsze przepisy – albo zupełnie nowe, albo też zmodyfikowane. Jest to doroczny rytuał, do którego zwykle nikt nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi. Przepisy te dotyczą zazwyczaj lokalnych spraw, często ograniczających się do jednego miasta lub powiatu. Jednak w tym akurat roku doszło do rewolucyjnych wydarzeń w stanie Oregon, którego mieszkańcy nie zdążyli jeszcze wytrzeźwieć po sylwestrowych celebracjach, gdy przyszło im stawić czoła zupełnie nowej, bulwersującej rzeczywistości.

Być może nie wszyscy wiedzą, że do 31 grudnia 2017 roku istniały w naszej niezwykle wesołej Unii dwa stany, w których nie było samoobsługowych stacji benzynowych. W New Jersey i Oregonie benzynę, zgodnie z prawem, musiał nalewać odpowiednio wykwalifikowany cieć, który następnie pobierał opłatę za wyświadczoną usługę i odchodził w siną dal. Mógłby ktoś zapytać, dlaczego tego rodzaju restrykcje lania paliw do zbiorników obowiązywały. Stanowe władze zawsze utrzymywały, że powierzanie tego zadania zwykłym kierowcom jest potencjalnie niebezpieczne, co pośrednio sugeruje, iż naród jest na tyle głupi, że albo wyleje sobie benzynę na buty, albo też coś przypadkowo podpali.

Do roku 2002 nie miałem pojęcia o tym, że tego rodzaju przepisy gdziekolwiek nadal obowiązywały. Za moich czasów w stanie Illinois, które sięgają w przeszłość do lat 80., było tak, że na stacjach benzynowych istniała część samoobsługowa oraz „cieciowa”, ale nie pamiętam nakazu wyłącznego korzystania z usług zawodowych, odpowiednio wyszkolonych nalewaczy etyliny. Jednak właśnie w rzeczonym roku 2002 mój ówczesny pracodawca wysłał mnie w służbową podróż do miasta Portland w stanie Oregon, gdzie na stację benzynową zajechałem wypożyczonym samochodem, z którego wysiadłem, by go zatankować. Gdy tylko w mojej niczym nieskażonej naiwności zbliżyłem się do pompy, z czeluści stacji wybiegł przerażony jegomość, który zdawał się przeczuwać jakiś kataklizm, gdyż wymachiwał rękoma i krzyczał do mnie, żebym natychmiast wsiadł z powrotem do pojazdu. To wtedy dowiedziałem się, że w stanie Oregon benzynę mogą lać wyłącznie zawodowcy, a nie niebezpieczni dyletanci, tacy jak ja.

Jednakowoż w ubiegłym roku na forum stanowego parlamentu w Oregonie pojawiła się ustawa numer 2482, zgodnie z którą klienci stacji benzynowych w 36 powiatach (mniej więcej połowa stanu) mieli zyskać niezbywalne prawo do samodzielnego tankowania własnych samochodów, co jest zapewne porównywalne do takich innych praw jak wolność słowa, zgromadzeń oraz wyznania, choć autorzy konstytucji z oczywistych powodów nie przewidywali wolności lania benzyny do samochodowych baków. Ponieważ gubernator Oregonu, Kate Brown, podpisała ten przełomowy akt prawny, mieszkańcy tych powiatów mogli się oblewać entuzjastycznie benzyną tuż po sylwestrowej północy, czyli 1 stycznia.

Zanim opowiem resztę tej dziwnej historii, chciałbym publicznie zakwestionować fakt, że etylinowa wolność dotyczy tylko części mieszkańców Oregonu. Czyżby stanowe władze uważały, iż ludzie w niektórych powiatach nie nadają się do samodzielnego lania paliw, gdyż są zbyt ograniczeni manualnie lub umysłowo? A jeśli tak, to czy przeprowadzono odpowiednie, praktyczne testy tankowania benzyny? I gdzie są dane statystyczne, które pokazują, jaki procent populacji danego obszaru wlał benzynę nie do tego otworu co trzeba lub w ogóle w jakikolwiek otwór nie trafił?

Tak czy inaczej, rok 2018 został w sensie benzynowym przywitany przez mieszkańców Oregonu z mieszanymi uczuciami. W internetowych serwisach pojawiło się mnóstwo wpisów, z których wynika, że niektórzy klienci stacji benzynowych nie mają pojęcia, jak tankować benzynę i boją się tego zadania. Jeden z tych wpisów brzmiał: „Mam 62 lata, nie wiem, jak tankować benzynę i nie chcę nią śmierdzieć przez cały dzień”. Inny klient napisał: „Jeżdżę do pracy o 5.00 rano i nie mam zamiaru tankować benzyny na zimnie i mrozie”. Niektórzy właściciele stacji paliwowych twierdzą, że nie zamierzają niczego zmieniać i nadal będą wyręczać klientów w dziele napełniania zbiorników. Zresztą i tak niektórzy mocno skonfundowani klienci podjeżdżają pod pompy i siedzą w swoich pojazdach w oczekiwaniu na pomoc, nie zdając sobie sprawy z tego, iż pomoc taka może nie nadejść, gdyż nie jest już prawnie nakazana.

Jak można się było spodziewać, internauci nie zostawili suchej nitki na tych komentarzach i wątpliwościach, sugerując między innymi, że otworzą w Oregonie specjalne szkoły oferujące wielotygodniowe kursy obsługiwania pomp paliwowych. Natomiast dość niejasna jest sytuacja w stanie New Jersey, który począwszy od 1 stycznia został ostatnią częścią Unii, w której samodzielne tankowanie paliwa jest nielegalne. Istnieje możliwość, że kierowcy – zainspirowani rewolucją w Oregonie – zaczną masowo łamać prawo i napełniać baki samodzielnie, narażając się tym samym na mandaty oraz przeraźliwe wrzaski ze strony protestujących zawodowych nalewaczy. Czy jednak taką spontaniczną rewolucję da się w jakikolwiek sposób powstrzymać? Podejrzewam, że nie.

Wszystko to przypomina mi stary dowcip z czasów PRL-u, zgodnie z którym na środku skrzyżowania w jakimś mieście nieco pijany facet oddaje późną nocą mocz. Podchodzi do niego funkcjonariusz MO i mówi: – A wolno to tak, obywatelu, lać w miejscu publicznym? Na co nawiany obywatel odpowiada: – A lej pan, nikt nie widzi.

Andrzej Heyduk